Pierwszy raz na siłowni

Zwykły wpis

Tak się składa, że pójście na siłownię było jednym z moich celów na ten rok. Bo tak się jakoś złożyło, że do tej pory się nie zebrałam. I dzisiaj proszę państwa nadszedł ten dzień. I wiecie co?  Było fantastycznie!

Wyjaśnijmy sobie coś. Byłam kiedyś na siłowni. Ba! Nawet półroczny karnet na grouponie wykupiłam. Ostatecznie jednak byłam w owym przybytku tylko 4 razy i to na zajęciach fitnessu. I choć chęć by skorzystać z maszyn też była, to jednak się nie udało. Bo się bałam. Stresowałam. I zdziwię się, jeśli inni tak nie mieli.

Stresowała mnie liczba sprzętów, z których można korzystać. I fakt, że totalnie nie wiem jak to robić.  Można kogoś zapytać – mówią. A jeśli będą tam tylko jacyś podejrzani kolesie? Nic Ci nie zrobią przecież – dodawali. A jak będą się śmiać, że jestem totalnym lostem o zerowej kondycji? Mówili, że nie będą. I moi drodzy. Choć to zadziwiające, to ludzie na siłowni faktycznie są niezwykle sympatyczni. Bo jeśli przyszedłeś poćwiczyć, to jesteś jednym z nich.

I takie to małe obawy łaziły za mną od zeszłego roku. Strasznie uparte stworzenia z nich były. Aż tu nadarza się okazja by skorzystać z darmowego wejścia do Holmes Place w Mariotcie. O tym jak bardzo fancy tam było, rozpisywać się może nie będę. Wyobraźcie sobie jedynie moje onieśmielenie.

Teraz podnieście je do potęgi drugiej, bowiem wchodzę do szatni wypełnionej nagimi i półnagimi kobietami (w ten sposób dowiaduję się po co mi ten drugi ręcznik  –  żeby właśnie do tego półnagiego grona dołączyć). Sami widzicie, że robi się coraz bardziej dziwnie. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, gdzie mam szafkę, jak stąd wyjść i w ogóle co ja tutaj robię.

A potem spotykam trenera,  z którym w końcu zaczynam ćwiczyć. I całe zagubienie znika. W końcu jest ktoś kto prowadzi od jednej maszyny do drugiej. Pokazuje jak ich używać. Poprawia błędy przy ćwiczeniach. I odpowiada na te wszystkie głupie pytania, które siedzą Ci z tyłu głowy.

Łapcie moje głupotki, o które pytałam sapiąc na orbitreku:

Jak często ludzie tu przychodzą i jaka ilość jest optymalna?

Generalnie najlepiej jest ćwiczyć 3 razy w tygodniu a podczas pozostałych dni skorzystać z basenu czy sauny. 5-6 razy w tygodniu to przegięcie. W ten sposób tylko się człowiek zmęczy a efektów nie będzie. Mięśnie muszą odpoczywać.

No dobra. A ile czasu tu spędzają?

Spokojnie wystarczy godzina. Ale jak ktoś nie wie za co się zabrać to nawet i z dwie godziny tak chodzi od jednej maszyny do drugiej. A jak już załapie co i jak, to się trzyma tej jednej i ćwiczy tylko tam bez sensu. A tymczasem wystarczy zapytać. My (trenerzy) tu cały czas jesteśmy i nie ma się co bać. Dużo takich ludzi przychodzi i jeśli są nieśmiali, to nie pytają. Ćwiczą tak miesiąc, nie widzą efektów i rezygnują.

Czy brzuszki i takie cuda faktycznie działają?

Jeśli chcesz mieć płaski brzuch to nie, bo nie ćwiczą mięśni głębokich. Plank jest na to dobry.

Czy laski też ćwiczą ze sztangami?

No jasne. Przecież to nie jest tak, że dziewczyna ćwicząc w ten sposób nagle przypakuje. Nie macie do tego ani predyspozycji, ani odpowiedniej diety. Siłownia dla kobiet to nie sposób na zostanie kulturystką ale laską ;]

 

No. Także potem przez 20 minut robiłam przysiady ze sztangą. I było przezajebiście. Wybaczcie słownictwo. Ale tak właśnie było. Dla dziewczyny o wzroście 160 i to takiej, która nie radzi sobie ze słoikiem, to było wspaniałe uczucie.  Że mam nad czymś kontrolę. Że mogę więcej, niż mi się wydaje.

I jak tak robiłam te przysiady przed lustrem to pomyślałam, jak bardzo człowiek się zmienia w trakcie swojego życia. Zawsze myślałam, że z natury jestem nieśmiałym leniem, który uwielbia swoją strefę komfortu. Siedzi sobie w niej i masowo ogląda seriale.  Teraz bym tak o sobie nie powiedziała. Miło jest mieć cele i je realizować. Mieć poczucie, że są rzeczy, dla których warto wygrzebać się z łóżka. A przede wszystkim się rozwijać.

 

Osiągnięte cele z listy

Pójść na siłownię

Kupić karnet na basen

Spać normalnie w sesji (uu, hard one!)

Uczynić ćwiczenia nawykiem

Zapisać się na kurs grafiki wektorowej

Ku lepszemu

Zwykły wpis

W nadchodzącym roku dużo się zmieni na lepsze. To już postanowione. Proces już trwa.

Pod koniec wakacji doszłam do wniosku, że czas by. Że czas coś ze sobą zrobić. Kopnąć się w tyłek i zjednoczyć ze swoim wewnętrznym geniuszem (cały czas wierzę w jego nieśmiałą naturę i niechęć do ujawniania się). Dowiedzieć się jakie mam zdanie na różne tematy. Generalnie wykuć samą siebie od nowa. Wewnętrznie, zewnętrznie, wszelako.

I na tym właśnie upłynęły mi te miesiące gdy mnie nie było. Minęły na szukaniu siebie i swojego głosu. Czytaniu klasyki literatury. Oglądaniu programów dokumentalnych. Chodzeniu na wykłady z astronomii. Czytaniu Biblii. I wiedźmińskiej sagi. I bajek filozoficznych. Uczeniu się rosyjskiego. Bieganiu i ćwiczeniom. Oglądaniu „Zagadek wszechświata z Morganem Freemanem”. Nauce kaligrafii. Zapisaniu się na kurs grafiki komputerowej. Dumaniu nad sensem życia.

Nie pisałam prawie nic, bo ze stwierdzałam ze smutkiem, że klasyki literatury nie stworzę nigdy. I że wiecznie można by siedzieć nad jednym zdaniem i poprawiać je bez końca, aż dopadnie nas dżuma czy inne licho.

Trzeba więc pisać.

I dlatego właśnie wróciłam. By pisać o tych swoich małych walkach. By szukać swojego głosu w dialogu. By kopnąć w tyłek i Was.