Narzekam i nic nie robię

Zwykły wpis

Krótki traktat o wybieraniu narzekania, podczas gdy potrzebne jest działanie

Ponarzekam sobie. Ale jawnie i w konkretnym celu. Może dzięki temu uznamy to za pewien przejaw aktywności.

Zatem do meritum. Są dwie postawy życiowe, które ujawniają się w obliczu sytuacji problematycznych.

Uno – Mam problem. Jak go rozwiązać?

Dos – Mam problem. Narzekam, jęczę i dalej tkwię w swoim smutnym, życiowym marazmie.

Druga postawa generalnie nie prowadzi nas donikąd. Nie ważne przed jakim problemem stoimy – zawsze coś można zrobić. Cokolwiek!

Nie podoba Ci się władza? Narzekanie na nią w autobusie nie odmieni rzeczywistości za szybą. Pójdź na wybory.

Jesz fatalnie i Twoim rozwiązaniem jest jęczenie o tym znajomym. Don’t go that way.

I milion innych przykładów można by tu naprodukować. Bo mam też na myśli bardzo prozaiczne sytuacje. Właściwie to przyznam Wam się, ze mam takową w zanadrzu.

Kurtyna w górę!

Wsiadasz do samochodu i włącza się alarm. Nie wiadomo dlaczego, bo przecież nie kradniesz własnego samochodu z siatą zakupów pod galerią handlową. Można się wkurzać, kopać w oponę i krzyczeć na ochroniarzy, którzy podejrzewają Cię o niecne czyny. A można też czym prędzej uruchomić myślenie.

Co nie działa? Może bateria w kluczyku? Jestem pod galerią, może mogę tu kupić baterię. Dobra, nie mogę. To może taksówkarz stojący opodal coś mi poradzi. Odjechał. Dobra, to nie. Ale obok jest salon samochodowy – może tu poszukać pomocy. Biip. Wrong answer, bo jest sobota wieczór i salon zamknięty. O, ale obok jest warsztat samochodowy. Biiip. Zamknięty. Okej, co można jeszcze zrobić? Stoisz z rodziną – może ktoś pojedzie autobusem do domu (bo nieopodal jest przystanek) i te baterie tu przywiezie? Nie bardzo, bo reszta musiałaby pilnować niezamkniętego samochodu przez godzinę na zimnicy. Noo okej. To może po prostu przejechać tym wyjącym samochodem przez pół miasta, dotrzeć do domu i tam wszystko na spokojnie ogarnąć?

No właściwie czemu nie?

I gdyby od razu uruchomić te sprytne neuronowe bestyjki, to rodzina nie stałaby 30 minut na zimnie słuchając, jak kierowca przeklina cały świat i kopie w oponę samochodu.

Oczywiście ja tam byłam, miód i wino piłam.

Konkludując. Działać a nie narzekać!

Jakby ktoś chciał kiedyś kraść samochód z parkingu pod galerią handlową – stylizacja „na rodzinę” i bezczelna pewność siebie działa bezbłędnie. Mama tylko żałowała, że nie miała niemowlaka na ręku, bo jak tworzyć stylizację, to na całego ;]

Czytam – Wykład profesora Mmaa Stefana Themersona (bo  ulubione książki moich ulubionych profesorów są moimi ulubionymi książkami <3 )

Oglądam – Obywatel Kane (Świeeetny!)

Podrzucam – Listę klasyków filmowych, co byście towarzyszyli mi w ich odkrywaniu ;D

Sabotowanie samego siebie

Zwykły wpis

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego mimo motywacji nie udaje Wam się osiągnąć danego celu? Schudnąć, uczyć się regularnie czy nie siedzieć tyle na Fejsie? Problemem jest podświadomość.

Skomplikowane z nas istoty, trzeba przyznać. Wydaje nam się, że znamy samych siebie doskonale, a tymczasem istnieją w nas wciąż nieodkryte przestrzenie. Jedną z nich jest podświadomość, która odpowiada za ogromną część naszych zachowań. To jak działamy w stresie, jak reagujemy i wreszcie to, czy udaje nam się osiągać cele.

To trochę tak, jakbyśmy mieli w sobie dwie osoby. Jedna jest rozsądna, postępująca w oparciu o fakty i świadoma samej siebie. Druga jest eteryczna i bardziej przypomina cień niż człowieka. Snuje się za tą pierwszą i odbiera takie same sygnały ze świata jak tamta. Ale ich percepcja jest zupełnie inna. Cień nie opiera swoich sądów na racjonalnych przesłankach ale na uczuciach i wspomnieniach. Snuje daleko idące wnioski. I co najważniejsze. Szepce to wszystko do ucha Racjonalnemu. Podpowiada, jak Racjonalny ma się zachować. A on go słucha. Nie wie czemu tak właśnie postąpił, czemu znowu coś mu nie wyszło. Ich motywacja jest zupełnie inna, bowiem wyrosła z zupełnie innego postrzegania świata. Obaj chcą czegoś innego. A tymczasem cel jest jeden.

Przełóżmy to na język rzeczywistości. Postanawiam sobie, że nie będę jeść słodyczy. W ogóle. Moja świadoma część mnie motywuje, ogląda zdjęcia modelek i nie przechodzi nawet koło regału ze słodyczami. A tymczasem moja podświadomość przeprowadza taki oto proces myślowy: Nie chcesz jeść słodyczy. No zajebiście. To nie jedz sobie. Tylko do kiedy tak nie chcesz jeść, hm? Ma to jakiś szczęśliwy koniec, w którym powiesz sobie, że już możesz? A jak już sobie powiesz to znowu zaczniesz i żadnych efektów nie będzie. Coś tam sobie mruczysz pod nosem? Mówisz, że w takim razie w ogóle, nigdy, przenigdy do ust słodyczy nie weźmiesz? Masz mnie za debila?

I to się właśnie nazywa sabotaż samego siebie. Ze względu na to, że jest w nas świadoma i nieświadoma część  – są w nas dwie motywacje i dwa cele. Gdy Racjonalny postanawia się uczyć całą noc do sesji to Cień jęczy, że nie da rady fizycznie. Więc Racjonalny kładzie się spać z przekonaniem, że jest leniem. Racjonalny chce schudnąć i zaczynana biegać, choć tego nienawidzi. Cień niczego przed sobą nie udaje. Nienawidzi biegania więc skłania Racjonalnego do skończenia z tymi głupotami. Racjonalny myślał, że w ten sposób schudnie szybko i skutecznie. Nie udaje mu się, bo po prostu tego nie lubił. A tymczasem mógł zająć się czymś mniej efektywnym a przyjemniejszym. Może schudnięcie zajęłoby mu więcej czasu. Ale udałoby mu się to, bo nie zrezygnowałby w połowie.

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Kiedy już przeprowadziliśmy wewnętrzny research i wiemy co nas powstrzymuje przed zajebistością, pozostaje nam znaleźć kompromis. Czasem trzeba będzie zrezygnować z celu w wersji instant. Droga do niego trochę się wydłuży ale będziemy mieli gwarancję, że przebędziemy ją w całości. I na pewno nie zrezygnujemy w trakcie.

Życzę zatem miłych chwil spędzonych z własnym „ja”.

 

Czytam: Burza William Shakespeare

Słucham: Valerie Amy Winehouse

Oglądam: Rush

Gotuję: Pizza z kalafiora, która nie smakuje jak wegetariański shit

Podrzucam: Kilka słów o nałogowym oglądaniu seriali

 

Pierwszy raz na siłowni

Zwykły wpis

Tak się składa, że pójście na siłownię było jednym z moich celów na ten rok. Bo tak się jakoś złożyło, że do tej pory się nie zebrałam. I dzisiaj proszę państwa nadszedł ten dzień. I wiecie co?  Było fantastycznie!

Wyjaśnijmy sobie coś. Byłam kiedyś na siłowni. Ba! Nawet półroczny karnet na grouponie wykupiłam. Ostatecznie jednak byłam w owym przybytku tylko 4 razy i to na zajęciach fitnessu. I choć chęć by skorzystać z maszyn też była, to jednak się nie udało. Bo się bałam. Stresowałam. I zdziwię się, jeśli inni tak nie mieli.

Stresowała mnie liczba sprzętów, z których można korzystać. I fakt, że totalnie nie wiem jak to robić.  Można kogoś zapytać – mówią. A jeśli będą tam tylko jacyś podejrzani kolesie? Nic Ci nie zrobią przecież – dodawali. A jak będą się śmiać, że jestem totalnym lostem o zerowej kondycji? Mówili, że nie będą. I moi drodzy. Choć to zadziwiające, to ludzie na siłowni faktycznie są niezwykle sympatyczni. Bo jeśli przyszedłeś poćwiczyć, to jesteś jednym z nich.

I takie to małe obawy łaziły za mną od zeszłego roku. Strasznie uparte stworzenia z nich były. Aż tu nadarza się okazja by skorzystać z darmowego wejścia do Holmes Place w Mariotcie. O tym jak bardzo fancy tam było, rozpisywać się może nie będę. Wyobraźcie sobie jedynie moje onieśmielenie.

Teraz podnieście je do potęgi drugiej, bowiem wchodzę do szatni wypełnionej nagimi i półnagimi kobietami (w ten sposób dowiaduję się po co mi ten drugi ręcznik  –  żeby właśnie do tego półnagiego grona dołączyć). Sami widzicie, że robi się coraz bardziej dziwnie. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, gdzie mam szafkę, jak stąd wyjść i w ogóle co ja tutaj robię.

A potem spotykam trenera,  z którym w końcu zaczynam ćwiczyć. I całe zagubienie znika. W końcu jest ktoś kto prowadzi od jednej maszyny do drugiej. Pokazuje jak ich używać. Poprawia błędy przy ćwiczeniach. I odpowiada na te wszystkie głupie pytania, które siedzą Ci z tyłu głowy.

Łapcie moje głupotki, o które pytałam sapiąc na orbitreku:

Jak często ludzie tu przychodzą i jaka ilość jest optymalna?

Generalnie najlepiej jest ćwiczyć 3 razy w tygodniu a podczas pozostałych dni skorzystać z basenu czy sauny. 5-6 razy w tygodniu to przegięcie. W ten sposób tylko się człowiek zmęczy a efektów nie będzie. Mięśnie muszą odpoczywać.

No dobra. A ile czasu tu spędzają?

Spokojnie wystarczy godzina. Ale jak ktoś nie wie za co się zabrać to nawet i z dwie godziny tak chodzi od jednej maszyny do drugiej. A jak już załapie co i jak, to się trzyma tej jednej i ćwiczy tylko tam bez sensu. A tymczasem wystarczy zapytać. My (trenerzy) tu cały czas jesteśmy i nie ma się co bać. Dużo takich ludzi przychodzi i jeśli są nieśmiali, to nie pytają. Ćwiczą tak miesiąc, nie widzą efektów i rezygnują.

Czy brzuszki i takie cuda faktycznie działają?

Jeśli chcesz mieć płaski brzuch to nie, bo nie ćwiczą mięśni głębokich. Plank jest na to dobry.

Czy laski też ćwiczą ze sztangami?

No jasne. Przecież to nie jest tak, że dziewczyna ćwicząc w ten sposób nagle przypakuje. Nie macie do tego ani predyspozycji, ani odpowiedniej diety. Siłownia dla kobiet to nie sposób na zostanie kulturystką ale laską ;]

 

No. Także potem przez 20 minut robiłam przysiady ze sztangą. I było przezajebiście. Wybaczcie słownictwo. Ale tak właśnie było. Dla dziewczyny o wzroście 160 i to takiej, która nie radzi sobie ze słoikiem, to było wspaniałe uczucie.  Że mam nad czymś kontrolę. Że mogę więcej, niż mi się wydaje.

I jak tak robiłam te przysiady przed lustrem to pomyślałam, jak bardzo człowiek się zmienia w trakcie swojego życia. Zawsze myślałam, że z natury jestem nieśmiałym leniem, który uwielbia swoją strefę komfortu. Siedzi sobie w niej i masowo ogląda seriale.  Teraz bym tak o sobie nie powiedziała. Miło jest mieć cele i je realizować. Mieć poczucie, że są rzeczy, dla których warto wygrzebać się z łóżka. A przede wszystkim się rozwijać.

 

Osiągnięte cele z listy

Pójść na siłownię

Kupić karnet na basen

Spać normalnie w sesji (uu, hard one!)

Uczynić ćwiczenia nawykiem

Zapisać się na kurs grafiki wektorowej

Co najbardziej lubisz robić?

Zwykły wpis

Ludzie tak już mają, że zadają głupie, egzystencjalne pytania w trakcie niezobowiązującej rozmowy. I zostawiają Cię takiego z chilloutu wyrwanego. Na cały dzień zostawiają Cie z chmurką nad głową, która ciąży i nieustannie pyta: No właśnie. Co lubisz robić w życiu?

I hej. Nie ma nic złego w tym, że nie wiesz. Masa ludzi nie wie. Tylko jeżeli nie chcesz być masą a jednostką to czas zacząć poszukiwania. Są rzeczy, które lubimy robić od dzieciństwa ale są też pasje, które rodzą się dopiero później. Tylko trzeba spróbować i włożyć w to odrobinę wysiłku. O pasję raczej na ulicy się nie potkniesz.

Uno – Siądź na swym zacnym tyłku i zastanów się, co zawsze chciałeś zrobić. Choćby było głupie, dziwne czy nieżyciowe. Marzenia z dzieciństwa też się liczą. Jakaś niezidentyfikowana moc w nich siedzi. W moim przypadku są to lekcje baletu. No idea skąd mi się to wzięło i czemu tak głęboko siedzi. I choć tak bardzo mi się marzą, to moja osoba na owych lekcjach nigdy się nie pojawiła. Bo nie było czasu, kasy czy czegokolwiek innego. Zdaje się, że rozumu przede wszystkim. Jeśli marzenie jest w zasięgu ręki to sięgasz po nie a nie odwracasz wzrok.

Dos – Przygotuj się na odrobinkę trudu. Weź pod uwagę, że do tej pory to on zawsze Cię ograniczał. Czasem jest to kwestia wyturlania się rano z łóżka (dla mnie to największy z największych problemów), czasem wyjścia z domu czy nieśmiałości. Albo ciągłego próbowania. Bo coś co wydawało się fantastyczne może wcale takim nie być i trzeba szukać dalej. A czasem po prostu trzeba zrobić kilka podejść.

Tres – Nie czekaj na jutro. Im dłużej czekasz, tym jest ono krótsze.

 

Czytam:  Obfite piersi, pełne biodra Mo Yan

Słucham: Coffitivity (jeśli chodzi o pracowite dni to polecam taki oto wynalazek zamiast muzyki)

Oglądam: Hobbit: Pustkowie Smauga (Uuuu! Zdecydowanie lepszy niż pierwsza część. I gratulacje dla Eddiego za piosenkę, która utrzymała wszystkich w siedzeniach przez całe napisy)

Podrzucam: Interaktywna mapa kosmosu. Niesamowita!

Ćwiczę: Tae Bo Billy’s Bootcamp Cardio Inferno (Ogromne propsy za energię i melodyjkę z tyłu. Tea Bo moją nową miłością ;D)

Chcesz się ogarnąć – ćwicz

Zwykły wpis

Dietetyczne postanowienia noworoczne nie mają prawa dać efektów. Chyba, że chcemy dbać o siebie z innych powodów niż tylko cyferki na wadze.

 

Kiedyś myślałam, ze tylko ludzie-maszyny mają czas na codzienne ćwiczenia. Bo kto o zdrowych zmysłach po całym dniu pracy lub zajęć ma ochotę wylewać siódme poty na siłowni? Kto znajduje codziennie godzinę na gibanie się na macie do yogi? A w międzyczasie zdąży się przygotować na następny dzień, zjeść coś, wyprowadzić na spacer wszelkie swoje włochate stworzenia. Po drodze znajdzie jeszcze sporo czasu na odpoczynek i sen.

Niewykonalne!

A jednak. I elementem kluczowym jest właśnie ta godzina gibania. Bo codzienne ćwiczenia sprawiają, że jesteśmy skupieni. Na swoim życiu i sobie. Nagle zaczynamy czuć, że mamy kontrolę nad tym, jak mija nam dzień. Nie warunkuje go pogoda, niskie ciśnienie czy nadmierny hałas w autobusie. Okazuje się, że jesteśmy niepodzielnymi władcami swojego czasu i jeśli udaje nam się przećwiczyć tą godzinę dziennie to łatwiej nam zaplanować cały dzień.

Uwielbiamy odnosić sukcesy. Małe, większe. Spektakularne. Ale stosunkowo rzadko mamy ku temu okazję. A tymczasem ludzie ćwiczący odnoszą sukces codziennie. Po godzinnym ruchu na ich twarzach pojawia się uśmiech. Że się udało. Że więcej kilometrów niż zwykle. Że trudniejszy zestaw ćwiczeń. Że nogi nam się już nie trzęsą, jak to miały w zwyczaju miesiąc temu. Że byliśmy bez sił po całym dniu, a jednak poćwiczyliśmy choć trochę!

I nagle się okazuje, że mamy siły na codzienną naukę nowego języka. Znajdujemy czas na przeczytanie książki, która czekała na nas od dwóch miesięcy. Mamy w sobie optymizm, którym chcemy zarażać innych ludzi. Jesteśmy bardziej opanowani. Ogarnięci. Zaczynamy myśleć o swoim zdrowiu.  Czujemy, że możemy wszystko.

Moja lista rezolucji na rok 2014 ma 80 punktów. I ciągle się rozrasta. Więc codzienne gibanie się będzie potrzebne, by wziąć się w garść. Będzie ekscytująco. Czasem ciężko. Czasem dziwnie. Ale mam nadzieję, że będziecie mi towarzyszyli. Tymczasem jadę kupić hantle.

 

A żebyście wierzyli, że robię coś poza rozwijaniem mięśni.

Czytam: Traktach o zasadach poznania ludzkiego Berkeleya, Sandman: Preludia i Nokturny Gaimana, Niezbędnik inteligenta: Zrozumieć mózg

Słucham: That’s what friends are for – http://www.youtube.com/watch?v=EE9KT_dU_R8

Oglądam: Agata Christie: Poirot

Podrzucam: Historia typografii w pigułce. I to jakiej ładnej! http://www.youtube.com/watch?v=wOgIkxAfJsk

Ku lepszemu

Zwykły wpis

W nadchodzącym roku dużo się zmieni na lepsze. To już postanowione. Proces już trwa.

Pod koniec wakacji doszłam do wniosku, że czas by. Że czas coś ze sobą zrobić. Kopnąć się w tyłek i zjednoczyć ze swoim wewnętrznym geniuszem (cały czas wierzę w jego nieśmiałą naturę i niechęć do ujawniania się). Dowiedzieć się jakie mam zdanie na różne tematy. Generalnie wykuć samą siebie od nowa. Wewnętrznie, zewnętrznie, wszelako.

I na tym właśnie upłynęły mi te miesiące gdy mnie nie było. Minęły na szukaniu siebie i swojego głosu. Czytaniu klasyki literatury. Oglądaniu programów dokumentalnych. Chodzeniu na wykłady z astronomii. Czytaniu Biblii. I wiedźmińskiej sagi. I bajek filozoficznych. Uczeniu się rosyjskiego. Bieganiu i ćwiczeniom. Oglądaniu „Zagadek wszechświata z Morganem Freemanem”. Nauce kaligrafii. Zapisaniu się na kurs grafiki komputerowej. Dumaniu nad sensem życia.

Nie pisałam prawie nic, bo ze stwierdzałam ze smutkiem, że klasyki literatury nie stworzę nigdy. I że wiecznie można by siedzieć nad jednym zdaniem i poprawiać je bez końca, aż dopadnie nas dżuma czy inne licho.

Trzeba więc pisać.

I dlatego właśnie wróciłam. By pisać o tych swoich małych walkach. By szukać swojego głosu w dialogu. By kopnąć w tyłek i Was.